07 grudnia 2005

# 171

Wind of change. W poniedziałek wyprowadzam się z domu. Po odjęciu od wypłaty kwoty jaką będę płacic za pokój, opłaty za studia, rachunku telefonicznego i comiesięcznego przeglądu wędzidła u ortodontki (może jeszcze tylko 3-4 miesiące), osiągnęłam wynik który mnie powalił i po dwóch dniach ciągłego płakania opadłam z sił. Nie wiem, czy uda mi się za to w ogóle przeżyc, nie mówiąc już o jakichkolwiek oszczędnościach. Suchy chleb i woda.

Wychodzę z pracy, szef (dosłownie w drzwiach):
- Odpowiedź na twoje pytanie jest pozytywna.
Ja: Na które? (pytałam go o a) podwyżkę, b) nowe biurko)
- Na oba.

Chyba przeżyję. Chyba ktoś nade mną czuwa.
Od poniedziałku chodzę jak pijana, jakby żył za mnie przez ten czas ktoś inny, a ja tylko biernie się przyglądam co ze mną wyprawia; dwa dni nie było mnie w domu, matka nieszczgólnie zainteresowana moim losem nie pofatygowała się, żeby zadzwonic i zapytac, czemu drugi dzień nie śpię tu i gdzie ja w ogóle jestem. Decyzja już podjęta, nie wycofam się, trzeba było zrobic to już dawno.

Brak komentarzy: